czwartek, 30 maja 2013

Spanie w łóżeczku.

Jakiś czas temu pytałam gdzie są ząbki, no i mam;) Synkowi wychodzą dolne jedynki- jedna jest tak do jednej trzeciej, a druga dopiero zaczyna się przebijać, bo widać białą kreseczkę. W związku z tym od 4 nocy mam pobudkę o 5 rano. I jest walka o sen. Mały śpi niespokojnie, marudzi przez sen. Nigdy nie było problemów ze snem, owszem budził się często na karmienie i czasem co godzinę, czy półtora, czasami co dwie- trzy, ale teraz czuję, że mały jest niespokojny, jakby coś mu dokuczało. Zwalam winę na wyżynające się ząbki;) Liczę, że w końcu wyjdą i znowu będziemy spokojnie spać chociaż do 6 rano, czy ja tak wiele chcę? Tylko do 6 rano, nic więcej mi nie trzeba. No ale jest 5 i muszę to przynajmniej na razie zaakceptować. Smoczka nie chce, pozostaje mi tylko przystawić do piersi by móc urwać chociaż jeszcze kwadransik drzemki. Za to jego uśmiech wynagradza mi wszystko;) 

A teraz jest młoda godzina, a Synek uciął sobie przedpołudniową drzemkę już o 9.10. Był tak zmęczony, po swojej zarwanej nocce, że zasnął mi przy piersi. Odłożyłam go do łóżeczka i śpi.

Spanie w łóżeczku to oddzielny temat, bo Synek śpi ze mną w dużym łóżku. Tak było od samego początku, od noworodka, że spałam przy nim, lubiłam mieć go na wyciągnięcie ręki przy sobie. Mamy duże łóżko w sypialni, więc było bezpiecznie. Też karmiłam piersią na żądanie, takie nocne sesje karmienia potrafiły trwać i do 2 godzin, więc by móc się wysypiać brałam go do swojego łóżka. Teraz jest tak, że nocami śpi ze mną, w dzień odkładam go śpiącego do łóżeczka. Ze spaniem w łóżeczku problemów nie ma, ale jest problem, by zasnął tam sam. Odłożony na śpioszka - śpi. Próbowałam go odkładać do łóżeczka wieczorem jak zaśnie, no ale kiedy budził się koło północy to i tak w końcu brałam go do łóżka na karmienie, karmiłam na leżąco i ... zasypiałam z nim, bo nie miałam sił wstawać i odkładać go do łóżeczka. No i miło się leży z takim słodkim maluszkiem, cieplutkim, pachnącym. Zasypiałam z nim, a powinnam nakarmić, wstać, odłożyć do łóżeczka. Też jest problem, bo jak odłożę go, jak jeszcze nie jest na 100% we śnie, to się przebudzi i płacze i muszę go wziąć z powrotem. Przy cycku uspokaja się w sekundę;) Cwaniaczek mały. A takie ma ładne łóżeczko, kołderkę i wszystko;)

W sumie nie wiem jak sprawę ugryźć. Chciałabym by spał już tylko w swoim łóżeczku, bo jest już duży i coraz bardziej migruje mi po łóżku i boję się, by mi nie spadł... A z drugiej strony spanie z nim jest wygodniejsze ze względu na nocne karmienia, bo jednak Synek te trzy razy w nocy się budzi i chce cycusia. Zdaję sobie sprawę, że im będzie starszy tym będzie mi trudniej odzwyczaić go do spania w dużym łóżku. Więc jestem w kropce. Codziennie mówię sobie - zacznę od jutra, od jutra, od jutra. 

Może jakaś bardziej doświadczona w temacie mama wspomoże mnie radą?;)

wtorek, 28 maja 2013

Moje karmienie piersią.

Już jak byłam w ciąży wiedziałam, że chcę karmić piersią. Ale nie zawsze tak było. Wcześniej jak byłam bardzo młoda, uważałam, że karmienie naturalne jest niesmaczne i że ja sama nigdy nie będę karmiła. Wszystko zmieniło się jak zapragnęłam mieć dziecko. Zaczęłam interesować się tematem i bardzo dużo czytać o karmieniu piersią, studiować dogłębnie ów temat. A im ciąża była bardziej zaawansowana tym bardziej trwałam przy swoim stanowisku. Bardzo mocno kochałam swoje nienarodzone jeszcze dziecko i wymarzyłam dla niego to co najlepsze. Nie wyobrażałam sobie po tym wszystkim co przeczytałam na temat naturalnego karmienia by mój maluch był karmiony inaczej niż mlekiem matki.

Byłam pewna, ale miałam obawy- czy uda mi się karmić, czytałam o problemach kobiet z karmieniem, brakiem lub zbyt małą ilość pokarmu, o problemach po cesarskim cięciu, o tym, że dziecko czasami nie chce ssać piersi. Rozmyślałam o tym i obawiałam się tego wszystkiego, i bałam się, że może mi się nie udać, chociaż nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Wierzyłam, że wszystko przezwyciężę.

Wyobrażałam sobie swój poród, że po urodzeniu kładą mi Synka na brzuchu i będę mogła po chwili przystawić go do piersi i zacząć pierwsze udane karmienie.

Natura zdecydowała inaczej, po 17 godzinach akcji skurczowej lekarz orzekł konieczność wykonania cesarskiego cięcia. Cieszyłam się z cięcia i zakończenia porodu w bezpieczny sposób, ale rozpaczałam, że pierwszy pokarm Synek przyjmie nie ode mnie z piersi, tylko dostanie butlę. Nie mogłam tego przeżyć, leżąc ciągle o tym myślałam i odliczałam godziny kiedy będę mogła go przystawić do piersi. Jak przychodzili do mnie lekarze, to pytałam kiedy będę mogła, i dostałam odpowiedź że na drugą dobę po cesarce. Nie przyjmowałam już kroplówek przeciwbólowych, byle tylko móc skrócić ten czas.

Przynieśli mi Synka na salę pooperacyjną, i była pierwsza próba przystawienia małego do piersi. Pierwsze wrażenie- szok, że tak zabolało, szok, że tak mocno ssie. Nie było łatwo, pierś wypadała mu z buźki, denerwował się, płakał. Ale jak chwytał, to pięknie pił. Dokarmiany był jednak przez drugą dobę z butelki, przynoszono mi go do piersi i zabierano na karmienie. Takie procedury- nie sprzeciwiałam się. Od trzeciej doby miałam go już przy sobie i w zasadzie większość czasu Synuś leżał przy piersi, pił, zasypiał, odkładałam go do szpitalnego łóżeczka. Nieumiejętne przystawianie spowodowało okropne zranienie brodawek, smarowałam je maścią, własnym mlekiem, wietrzyłam. Każde kolejne przystawienie to był jeszcze gorszy ból, krew, łzy. Miałam problem z przystawianiem małego, nie potrafiłam robić tego wprawnie. Jak już chwycił pierś i pił, to pozwalałam mu na to, nawet jeśli mi nie leżało się wygodnie, ale potrafiłam tak w niewygodzie leżeć, byle tylko Synek pił i pobudzał laktację;)

Kryzys był w pierwszej nocy, kiedy maluch był ze mną rooming in. Zaczęłam myśleć o tym, że mam mało mleka. Nie potrafiłam sama go przystawiać. Jak pomagała mi położna- było okej, ale mi samej szło ciężko. Brakowało mi trzeciej ręki - jedną trzymałam dziecko, drugą pierś, a trzecia była mi potrzebna by zbliżyć główkę Synka do piersi. Więc karmienie szło ciężko. W nocy poszłam po butelkę z ciężkim sercem. Dostałam. Synek wypił szybko, spokojnie zasnął, po czym przebudził się po 20 minutach z przeraźliwym płaczem i płakał tak przez ponad godzinę, nie pomagało nic, noszenie, tulenie, płakał dopóki nie zrobił kupki, kupa brzydka, zielona. Po 3 godzinach znowu dostał butelkę i znowu powtórka z rozrywki- znowu straszny płacz, podkurczanie nóżek, znowu brzydka kupa. Kiedy zasnął umęczony tym płaczem pomyślałam, że płacze po mleku z butelki, że po mojej piersi nigdy tak nie płakał.

To był przełom. Pomyślałam, że koniec, że mój noworodek nie dostanie już nigdy więcej sztucznego mleka z butelki, że zrobię wszystko by karmić go tylko piersią. To mi dało taką motywację i tak ogromną siłę, że wiedziałam, że już nic mnie nie złamie. Jak Synuś obudził się na karmienie wzięłam go w ramiona i karmiłam, z pomocą położnych a później bez. Ale prosiłam, ciągle prosiłam o pomoc bardzo dużo, dużo za tym chodziłam, zabiegałam, nie spotkałam się z odmową. Dostałam pomoc, motywację, jedna mi powiedziała, że mam pokarm i szkoda to zaprzepaścić, mimo tego, że mi się wydaje że tam nic nie leci, mam zaufać swojemu ciału i jak najwięcej przystawiać synka.

Na czwartą dobę wypisano nas do domu, nieco się bałam, że zostanę bez "trzeciej ręki", ale na szczęście "trzecią ręką" był mój mąż;) Pomagał, wspierał. Miał słabsze chwile, proponował kilka razy jak było mi ciężko butelkę, ale ja nie chciałam nawet o tym słyszeć. Zaufałam sobie, swojemu ciału, swoim możliwościom. Tamta butla w szpitalu po której tak płakał była ostatnią butlą jaką wypił mój synek. Obecnie karmię prawie 8 miesięcy i jestem z tego powodu bardzo przeszczęśliwa. Dumna i spełniona jako kobieta i matka. Wiem, że daję mojemu dziecku to co najlepsze, pokarm dostosowany do niego indywidualnie, żywą tkankę, wszystko co wartościowe i dobre. Jak przyszłam do domu z noworodkiem nie wyobrażałam sobie, że mogę dać mu sztuczne mleko. Skoro jego malutki organizm jest przystosowany do trawienia i przyswajania mleka matki. To było poza zasięgiem mojej wyobraźni, nie wchodziło w grę! Każdy kto mi sugerował butelkę, odczuł prawdziwy gniew samicy. Też mój mąż jak w dniu wypisu ze szpitala miałam problemy by przystawić małego a Synek płakał, mąż zasugerował butelkę. Oj padły wtedy różne bardzo brzydkie, niecenzuralne słowa...  Wzięłam Synka na poduszkę na kolana i zaczęłam karmić w pozycji krzyżowej - to rozwiązało problem "trzeciej ręki". To był strzał w dziesiątkę! Na karmieniu spędzaliśmy całe godziny. Uwielbiałam mieć go przy piersi, trzymać w ramionach i tak jest do dzisiaj. Nigdy nie czułam się uziemiona czy zdominowana. Lubię jak zasypia przy cycusiu, pozwalam mu tak leżeć i spać z piersią w buzi, a on sobie ciumka;) Jego prawo jako niemowlęcia!


Karmienie piersią to dla mnie cudowne chwile. Nie obyło się bez problemów- najgorsze były poranione brodawki, wygoiły się po trzech tygodniach, ale do tego czasu było ciężko, szczególnie na początku karmienia jak Synek zasysał pierś, później ból malał. Albo ja się przyzwyczajałam:) Kocham karmienie piersią. Kocham tą świadomość, że daję mojemu maluchowi najlepsze mleko. Jestem dumna, że moje ciało najpierw dało mu życie, donosiło zdrową ciążę, a później potrafiło go wykarmić, bo karmiłam 6 miesięcy tylko piersią, do czasu rozszerzania diety. Nadal moje mleko jest podstawa żywienia mojego Synka. Musze dodać, że mój maluch urodził się z wagą 4480 a na moim mleku wspaniale przybierał na wadze. Nigdy nie miał kolek, nigdy nie bolał go brzuszek. To tym bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że karmiąc go piersią robię dla niego najlepszą rzecz pod słońcem i dodawało mi pewności siebie. Następne dziecko też będzie karmione piersią. Nie wyobrażam sobie inaczej...

poniedziałek, 27 maja 2013

Być Mamą.

Być Mamą. Celowo napisałam z wielkiej litery. Wczoraj był dzień matki, mój pierwszy dzień matki, kiedy Synuś jest na świecie. Chociaż mamą jestem już od początku 2012 roku, kiedy mój kochany skarb na dobre zadomowił się w moim brzuchu;) Od momentu kiedy dowiedziałam się o ciąży już czułam się mamą, jeszcze nie widać było brzucha, a ja już czułam, że noszę moje dziecko, że jestem mamą. I tak też traktowałam mój brzuch - z uwagą, czułością, troską. Rozmawiałam z brzuchem, głaskałam, pielęgnowałam, rozmyślałam o jego lokatorze i od samego początku czułam, że to będzie chłopczyk. Nie było dla mnie niespodzianką, kiedy mój lekarz na usg połówkowym powiedział do mnie "będzie miała pani synka", ja wiedziałam, czułam od początku. Bałam się o tym mówić głośno, by nie zapeszać tej radości, ale przeczuwałam. 

Teraz mój Synek jest na świecie. Jeszcze nie mówi "kocham cię mamo", ale wiem, że jestem dla Niego kimś szczególnym, kimś wyjątkowym. Uwielbiam jego uśmiech, jak wracam z pracy, a jemu rozpromienia się cała buźka. Uwielbiam jak mówi "mamamamama" - chociaż pewnie jeszcze nie rozumie znaczenia tych sylab, ale dla mnie to najcudowniejsze co może usłyszeć moje ucho- głos mojego ukochanego dziecka. Zastanawiam się czasami na ile mi starczy tego zachwytu i tej miłości i wiem, że na długo, że na zawsze. Bo moja miłość do dziecka jest niezmierzona, nie myślałam, że mogę tak kochać. 



Nigdy się o nikogo nie martwiłam, nigdy się o nikogo tak nie troszczyłam. Obudził we mnie nieopisane pokłady czułości i cierpliwości. Wcześniej w zasadzie to żyłam jak boża rosa, czas płynął leniwie, żyłam dla siebie, dla Męża. A teraz jest inaczej- teraz jest mój mały Synuś, moje oczko w głowie, największa radość i skarb. Dla niego się staram, pokonuję niewygody. I to wszystko daje mi satysfakcję i przyjemność, poczucie, że jestem Mu potrzebna, że jestem niezastąpiona. Kocham być mamą. Te wszystkie drobne prace przy dziecku, pielęgnowanie jego kochanego ciałka, dbanie o jego ubranka, dbanie o dom, o karmienie, we wszystkim potrafię znaleźć radość i szczęście. Odkąd jestem mamą stałam się wyczulona na małe rzeczy, cieszę się z drobiazgów, z zaangażowaniem i radością śledzę rozwój mojego dziecka.

Kocham mojego Synka. Nie mogę się doczekać, kiedy on powie mi "kocham cię mamusiu" i obejmie mnie  tymi małymi rączkami. 

<3

A Synuś robi ogromne postępy w baraszkowaniu na podłodze. Rozkładam mu kocyki na dywanie, bo przemieszcza się jak szalony, pełza na boki, do przodu nieco, za to do tyłu idzie mu najlepiej. Ma duży apetyt, przepada za deserkami ze słoiczka;) Rozsadza go energia, kopie nóżkami, jest jak żywe srebro, śmieje się w głos i piszczy radośnie. Kocham takie chwile, kiedy leży na brzuszku wśród rozrzuconych zabawek, taki dorodny, śliczny, zdrowy i kochany, rozpiera mnie duma i radość. 

A już niedługo dzień dziecka;) Planujecie jakieś prezenty dla Waszych pociech? Ja myślę o krzesełku do karmienia, zastanawiam się nad modelem, tak do 350 zł. Może ktoś coś podpowie?:P

piątek, 24 maja 2013

Cofamy się;) i nowe zakupy.

Od wczoraj w Lidlu są ładne rzeczy dla kobiet ciężarnych, przede wszystkich legginsy ciążowe, które nosiłam całą ciąże i bardzo sobie chwaliłam. Ale udałam się do Lidla po staniki do karmienia, i zakupiłam jedyny ostatni, jaki pozostał, całe szczęście dobry na mnie rozmiar 85 B;) 



Zadziwiło mnie wykonanie, bardzo dobre, wygodny, dobrej jakości materiały. Z tyłu po 3 haftki dzięki czemu dobrze podtrzymuje biust, wygodnie leży. Ramiączka są odpinane, dzięki czemu dostęp do piersi jest szybki i wygodny. Do tego staniczek prezentuje się bardzo ładnie i jak na stanik do karmienia jest dosyć seksowny, nie to co np stanik z Canpolu;) A naprawdę łatwo nie jest o ładny i estetyczny biustonosz laktacyjny, większość ma nieco "babciny" wygląd. Chociaz wygląd nie najważniejszy, ale i wygoda- ten jednak łączy w sobie te dwie cechy.



Drugi na jaki się zdecydowałam, to staniczek dla kobiet ciężarnych, bezszwowy z elastycznego materiału, dopasowuje się do sylwetki i dobrze podtrzymuje piersi, nic nie uciska. Ten jest dopiero wygodny! Prawie nie czuje się, że ma się coś na sobie. Nie jest to typowy stanik do karmienia, ale jest bardzo wygodny i można go założyć np na wyjście, i mamy pewność że nie będziemy czuły dyskomfortu spowodowanego napływaniem mleka do piersi, jaki można by odczuwać przy ciaśniejszym staniku. Zakłada się go przez głowę.

Jestem bardzo zadowolona z zakupów i polecam. ;)

A Synuś zaczął chyba pierwszy etap raczkowania- cofa się do tyłu;) pociesznie to wygląda. Zaskakuje mnie, że codziennie uczy się nowych rzeczy. Cieszę się, że już weekend i będę miała całe dwa pełne dni dla mojego Synka. Mam zamiar nadrobić to, że w tygodniu chodzę do pracy i spędzić z małym jak najwięcej czasu. Bawić się, nakłaniać do rozmowy i duży cycusiać;) W planach też spacer, aby tylko pogoda dopisała. Przez to, że pracuję, mam czasami wyrzuty sumienia, że nie spędzam z Synkiem wystarczająco dużo czasu. Z drugiej strony mały nie jest długo sam, - z babcią jest łącznie 6 godzin, z czego z dwie i pół godziny śpi. Więc nie jest źle. A babcię lubi, nie ma problemów by z nią zostać, ma apetyt, bawi się. Jak wracam jest w dobrym humorze i zachowuje się jakby wcale za mną nie tęsknił. Może jest w tym wieku jeszcze, że nie przechodził tak zwanego lęku separacyjnego? Aby- jeśli kiedyś będzie go przechodził przeszedł go spokojnie i łagodnie. Mam nadzieję!

wtorek, 21 maja 2013

Powrót do pracy.

Łatwo nie jest, ale też nikt nie mówił, że bedzie. Ale nie narzekam;) Do pracy co rano przygotowuję sobie żelazny zestaw: jak widać na zdjęciu 2 laktatory, 3 pojemniczki na mleko, do tego dokładam malutką lodówkę turystyczną z wkładami chłodzącymi. Tak zaopatrzona jadę do pracy. Dzięki uprzejmości szefowej, mogę odciągać mleko w godzinach pracy. Chodzę 2x, tak około co 3 godziny. To cały rytuał, ściągam mleko z dwóch piersi na raz, tak jest mi najprościej, bo pobudzenie wypływu pokarmu w jednej piersi skutkuje też wypływem z drugiej;) Później pozostaje mycie laktatorów, osuszanie ręcznikiem, by mieć je czyste na drugą sesję ściągania. Później wkładam pojemnik z mlekiem do pojemnika chłodzącego. W zasadzie jakby nie patrzył, to schodzi mi na każde takie wyjście 15minut. A razy dwa to jest pół godziny... 



Cieszy mnie jednak fakt, że udaje mi się ściągać mleko, i że babcia która zostaje z Synkiem, może mu moje mleczko podać. A Mały za tym przepada! No a mi udaje się podtrzymać laktację na dobrym poziomie. Chociaż jest za tym nieco biegania i zachodu, jednak wiem, że warto, czuję, że warto. Zanim nie wróciłam do pracy martwiłam się, czy laktacja nie zmniejszy się, czy stres mi nie zaszkodzi, ale jak na razie radzimy sobie całkiem dobrze. Robię tak, że karmię go rano, też przed samym wyjściem do pracy z obu piersi, i od razu po pracy jest cycuś. Też cycusiamy nocą i tak śpimy sobie razem. Kocham te nasze chwile bliskości, to ciepełko i słodkość tego "cycusiowego przytulenia". Abyśmy mogli się tym cieszyć jak najdłużej! 

Jedno zmartwienie mi odeszło - karmię piersią mimo powrotu do pracy, udało się, nie mogło być inaczej! Za to czasu mam mniej, więc pracuję nad dobrą organizacją. W pracy tęsknię za moim Synkiem, nie mogę się doczekać, aż wezmę go w ramiona. A jak wracam i widzę w jakim dobrym jest humorku, to serce mi rośnie. Mały lubi być z babcią, babcia go rozśmiesza, rozpieszcza, hołubi, śpiewa piosenki, daje dużo miłości. A mały to czuje i odpłaca babci najwspanialszym uśmiechem. A ja wracając z pracy już za drzwiami słyszę czasami, jak sobie "gadają" i jak otwieram drzwi kluczem, to słyszę " kto przyszedł? gdzie jest mama?";) i za chwile wita mnie słodka buźka mojego Synka. Wiem, że ma dobrą opiekę, jest pogodny i zrelaksowany. A to ważne, by zostawiać dziecko pod opieką kogoś do kogo ma się stuprocentowe zaufanie. Wtedy można ze spokojną głową w pracy siedzieć. Tak raz dziennie babcia dzwoni do mnie do pracy mówiąc "a Wnusio zjadł deserek, spał ładnie ponad 2 i pół godziny, teraz się bawimy" a w tle słyszę jego głosik "mamamamama" , "dadadada" lub "babababa" w zależności od humorku;) Wtedy oddycham spokojniej, wiem, że wszystko jest w porządku.

Weekend zleciał rodzinnie, byliśmy w sobotę z mamą męża na spacerku, druga babcia też przepada za wnuczkiem, też chce być blisko niego. Cieszy mnie to, bo wiem jak ważna jest rodzina, jak ważni są dziadkowie w życiu dziecka i dla jego rozwoju, ważne są takie korzenie, świadomość rodziny, tego, że się ma bliskich na których można liczyć. Dlatego chcę by byli blisko mojego Synka, by ich znał i budował z nimi więź. By w przyszłości lubił jeździć do dziadków, spędzać z nimi czas. 

Podobno rodzice są od wychowywania a dziadkowie od rozpieszczania;) Coś w tym jest;) Jak myślicie?

sobota, 18 maja 2013

Kiedy będziemy raczkować?


Czytałam, że większość dzieci raczkuje między 8 a 10 miesiącem życia, ale potrafią też raczkować i półroczne niemowlęta. Mój ma 7 i pół miesiąca i nie raczkuje. Owszem - dużo czasu spędza na zabawie na podłodze, turla się z brzuszka na plecki i odwrotnie, wyciąga łapki po zabawki, staram się go zachęcać a uparciuszek nic;) Podkurcza czasami nóżki pod dupkę, ale jeszcze nie opiera się na kolankach całym ciężarem swojego słodkiego ciałka. Aa- pozostawię go jego woli, nie to nie;) Każde dziecko rozwija się w swoim tempie. Ale przyznam, że nie mogę się doczekać, kiedy mój szkrabik będzie na czworaka zwiedzał całe mieszkanie. Nadejdzie kolejne wyzwanie- zabezpieczyć gniazdka elektryczne, zabezpieczyć rogi mebli i blatów by się nie uderzył. A później nauka chodzenia, to będzie wyzwanie! Będziemy musieli nauczyć się mieć oczy dookoła głowy, a i tak nie uda się ochronić dziecka przed upadkiem i kiedyś tego pierwszego guza będzie musiał sobie nabić. Mimo wszystko chcę go chronić, opiekować się nim, zapewnić mu maksimum komfortu psychicznego i fizycznego. Nadchodzi pytanie - do kiedy? Do pewnego wieku będzie mógł się chować za moją spódnicą, ale później bardzo chcę by wyrósł na silnego, pewnego siebie mężczyznę. Jak to osiągnąć? Wychowywanie malucha wydaje mi się proste, wychowanie nastolatka bardzo trudne, szczególnie w świecie gdzie zasady, kultywowanie wartości jest niemodne i passe. Chyba najważniejszy jest czas poświęcany dziecku, gdzie rodzice i dziecko spędzają dużo czasu razem robiąc różne rzeczy, wyjeżdżając w teren, na wycieczki, zarażając dziecko swoimi pasjami, zainteresowaniami. W myśl zasady - wychować a nie "odchować". Taki mam zamiar, jak najwięcej czasu spędzać aktywnie z synem, rozmawiać z nim, interesować się jego sprawami, nie olewać jego problemów, być blisko dziecka, ale też zachować zdrowy dystans, a kiedy będzie starszy być ukrycie blisko, być czujnie - nie naruszając jego prywatności.

No i zaczęłam od nauki raczkowania a skończyłam na buncie nastolatka. Całe szczęście mamy do tego czasu jeszcze wiele długich lat przed sobą.

czwartek, 16 maja 2013

Pierwszy ząbek.

No i doczekaliśmy się -  synuś ma pierwszy ząbek. Jeszcze go nie widać, ale da się wyczuć postukując łyżeczką. Długo kazał na siebie czekać, 7 i pół miesiąca! Od dawna mam już kupioną dla Małego pastę Elmex "od pierwszego ząbka" i 4 szczoteczki, zestaw treningowy Babydream i szczoteczkę-gryzak. Co do ząbków to odkąd synek skończył 3 miesiące i zaczął wszystko pchać od buźki babcie prorokowały, że "idą ząbki". Sama czekałam- a może 5 miesiąc, a może jak skończy pół roku? Minęło 7 miesięcy i po ząbkach ani śladu, nieco się już martwiłam, ale z drugiej strony myślałam, że koniec z końców mam jeden obowiązek mniej, bo nie muszę Małemu ząbków myć.



Pojawienie się śladu ząbka skutkuje ostatnio tym, że Synuś w nocy gorzej śpi. Budzi się i co godzinę, domagając się piersi, po czym zasypia. Do perfekcji opanowałam taktykę ewakuacji, jak zaśnie, to zabieram delikatnie pierś, co skutkuje często przebudzeniem i wnerwieniem małego ssaka;) Najczęściej jednak po prostu zasypiamy razem. Poranki są cudowne, kiedy otwieram oczy i widzę blisko roześmiane oczka mojego Synka. Powtórzę wtedy za Dante Alighieri, iż "Trzy rzeczy zos­tały z ra­ju: gwiaz­dy, kwiaty i oczy dziec­ka."

Coraz częściej zdaję sobie sprawę z tego, jak duży jest mój synek. Jeszcze niedawno był taki malutki i delikatny, a teraz jest duży, coraz silniejszy, większy, cięższy i coraz bardziej potrafi zaznaczyć własne zdanie. Jeszcze niedawno tylko płakał, a teraz wydaje różne dźwięki przeplatane gaworzeniem, bawieniem się usteczkami i puszczaniem bąbelków ze śliny. Każdego dnia mnie zaskakuje. "Mały diabelec" jak mówi moja mama;)

wtorek, 14 maja 2013

Wspomnienia.

Mówią, że najtrudniej jest zacząć, a później leci już z górki. Tak było właśnie zanim zdecydowaliśmy, że pragniemy mieć dziecko. Najtrudniejszy był właśnie pierwszy krok, podjęcie decyzji, rozważanie wszystkich za i przeciw, wałkowanie tego w nieskończoność, wykłócanie się samej ze sobą. A jednocześnie całym sercem już czułam, że bardzo pragnę dziecka. Nikogo nie wtajemniczyliśmy w nasze marzenia i starania, to była nasza i tylko nasza słodka tajemnica - chwile i ten czas oczekiwania i snucia planów na przyszłość. Pamiętam zimny poranek styczniowy, kiedy wewnętrznie przeczuwałam i czułam się INACZEJ, robiłam test ciążowy i już wiedziałam. Dwie kreski. Mężowi powiedziałam dopiero wieczorem, a cały dzień rozkoszowałam się tym, że nie jestem już ja, ale jesteśmy MY. Że nie jestem już sama, ale we mnie, w bezpiecznym schronieniu rośnie już moje maleństwo, ukochane od samego początku. Kładłam rękę na brzuchu i uśmiechałam się do siebie, czułam się niesamowicie szczęśliwa, a jednocześnie miałam tyle obaw - czy wszystko będzie w porządku, dylematy i wątpliwości każdej przyszłej mamy. Tak mocno kochałam moje dopiero co poczęte dziecko i tak bardzo się o nie martwiłam. W tamtej chwili wiedziałam już, że zrobię wszystko by to życie chronić i pielęgnować najlepiej jak potrafię. Z tej małej kruszynki wyrósł silny chłopczyk - moja radość i moje szczęście. Siła, jaką mi daje każdego dnia. Mimo, że ma dopiero 7 miesięcy zawładnął mną całkowicie. Ciąża, poród, macierzyństwo i te pierwsze wspólne chwile to momenty do których kocham wracać. Macierzyństwo mnie zaskoczyło, zdumiało mnie ile odnalazłam w sobie pokładów czułości i cierpliwości  i zrozumiałam, że już nie muszę tak pędzić. Że mogę się zatrzymać i złapać oddech, spojrzeć na mojego synka i zachwycić się w ciszy.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...